Szalone wakacyjne chwile powoli przechodzą już do historii, każdy z
uczestników akcji powoli otrzepuje z siebie ten magiczny pył i
miękko ląduje w codzienności, zachowując w pamięci strzępy
wspomnień. Jakże różnych – przecież co osoba, to inne wrażenia,
przeżycia, doznania! Złożenie ich w jedną obiektywną całość wydaje
się zupełnie niemożliwe, dlatego spróbuję zarchiwizować je w sposób
najbardziej chaotyczny, metodą puzzli, z których każdy uczestnik
wyciągnąć może swój ulubiony kawałek.
OBCY CZŁOWIEK W DYNOWIE
Praca nad „Księgą Raju” z pewnością ożywiła wyobraźnię – zarówno
uczestników akcji, jak i widzów spektaklu. Spróbujmy więc uruchomić
ją jeszcze raz. Wyobraźmy sobie zwykłego, niczym nie wyróżniającego
się przybysza, który przypadkowo wylądował w okolicach stacji
wąskotorówki w dniu próby generalnej. Pojawia się ów Marian, Mietek,
a może Zenek (do wyboru, do koloru) w Dynowie i postanawia zwiedzić
okolicę. Znajomi polecili delikwentowi spacer nad Sanem. Już kiedy
zobaczył przechadzających się wąską ścieżką brodatych dżentelmenów z
pejsami, poczuł się dziwnie, a jeśli miał on przysposobienie nieco
refleksyjne, zaczął pewnie rozważać,czy ten staroświecki PeKaeS z
Rzeszowa, którym przybył w to dziwne miejsce nie był przypadkiem
jakąś kapsułą czasu. Kłopoty dopiero miały się zacząć. Kierując się
w stronę miasta, nieświadom niczego, skręcił niechcący w lewo -
wprost na stację kolejową. Wieczór powoli zapadał, gdy dojrzał
jakiegoś półnagiego człowieka ze skrzydłami, przymocowanego do
kolorowej drezyny i krzyczącego wniebogłosy. „Motyla noga, już
godzinę tu stoję, a oni nic! Nogi mi już wchodzą do motylej nogi,
miało się zacząć godzinę temu, a te motyle nogi zapomniały o mnie i
siedzę w tej motylej nodze jak motyla noga!” Nasz przygodny
bohater był człowiekiem dość odważnym, jednak, gdy po zadaniu
pytania półgolasowi o tożsamość usłyszał odpowiedź: „Jestem Aniołem
Śmierci!” – z pewnością ugięły się pod nim nogi. Bynajmniej nie
motyle.
Ruszył dalej. Nagle przed jego oczami pojawił się widok jak najbardziej
niecodzienny. Biegające skrzydlate dzieci, drzewo emanujące feerią
kolorów, szatański rechot muskularnego człowieka na motorze,
poprzebierana pstrokata orkiestra, zainstalowana gdzieś na dachu,
stojący za szopą facet z papierosem w jednej, a monstrualnej
wielkości głową w drugiej dłoni, dostojni brodaci panowie w dziwnych
wdziankach, zaśmiewający się do rozpuku z potknięcia o kabel kobiety
z baloniastym brzuchem… Od tego wszystkiego z pewnością zakręciło mu
się w głowie, na dodatek dojrzał jeszcze kolejnego golasa z długą
brodą, wiszącego kilka metrów nad ziemią. Co mógł pomyśleć biedny
przybłęda?
Możliwości są
trzy.
- Zaczął
nerwowo szukać numeru do najbliższego psychiatry.
- Stwierdził,
że odstawia na bok alkohol i wszystkie inne używki.
- Uciekł,
rozpowiadając później w rodzinnych stronach bajki o przybyszach z
innej planety.
Tak naprawdę nie ma się co dziwić nieszczęsnemu przybłędzie, bo w to, co
widział naprawdę, nie uwierzyłby mu nikt. Ba – mam wrażenie, że w
realność tego wydarzenia powątpiewaliby ludzie o wrażliwości
bardziej artystycznej. Gdyby słynni twórcy realizmu magicznego
wylądowali wtedy na stacji wąskotorówki w Dynowie, jak jeden mąż
rzuciliby w diabły swoją działalność artystyczną. Doszliby wówczas
do oczywistego wniosku, że czegoś tak absurdalnego już nigdy sami
nie wymyślą. Jeden zacząłby zbierać znaczki, inny uprawiać grządki.
Z pożytkiem dla światowej sztuki, słynnych twórców realizmu
magicznego wtedy w Dynowie nie było.
PAŃSTWO DE-NOVSKIE
Ponad sto żywych osób, tysiące ciuchów, tony kabli,
dziesiątki europalet, drutów, głośników, mikroportów, instrumentów
muzycznych – przecież ktoś, do licha, to wszystko musi ogarnąć! Nic
więc dziwnego, że przez ponad miesiąc, niczym sprawna maszynka,
funkcjonowało w Dynowie niezależne państwo. Z własną, odgórnie
ustaloną hierarchią, konkretnymi zadaniami, a nawet odrębną
jurysdykcją!
Ustrój polityczny Państwa De-novskiego był bardzo
specyficzny i nieznany dotąd z kart historii powszechnej.
Przypominał nieco rządy w Republice Rzymskiej– rządził bowiem
żelazną, acz nadobną ręką Triumwirat. Ten rodzaj rządów był jednak
wyjątkowy, bo matriarchalny - cała realna władza skupiła się w
rękach kobiet! Ewa, Magda i Aneta poradziły sobie zdecydowanie
sprawniej od rzymskich poprzedników. Nie zaczęły - jak narcystyczni
władcy Rzymskiej Republiki mordować się nawzajem – na dodatek
skutecznie doprowadziły cały projekt do szczęśliwego zakończenia! W
Państwie De-novskim zauważyć można wpływy różnych systemów
społecznych i politycznych – z pewnością dużą rolę odgrywał
totalitaryzm, w którym rola jednostki podporządkowana jest jednej
szalonej idei. Zaniechano natomiast demokracji, bo gdyby zastosować
jej wzniosłe wartości i poddawać pod powszechny wybór każdy
pojedynczy problem, (referendum: do którego kubła będziemy wyrzucać
śmieci? Jaki kolor świateł najbardziej pasuje?) przedstawienie nie
odbyłoby się bewnie nigdy.
GŁÓWNE CENTRA PAŃSTWA DE-NOVSKIEGO
Państwo De-novskie, choć terytorialnie przegrałoby nawet z Watykanem,
miało na swoim terenie miejsca kluczowe, najważniejsze, ocierające
się niemal o sacrum. Stacja kolejki wąskotorowej spełniała funkcję
rynku, forum i agory w jednym. W tym miejscu krzyżowały się ścieżki
uczestników akcji, gdzie – w pocie tysiąca czół – wykluwało się
powoli przedstawienie. Tu rozwijali swoje talenty uczestnicy
warsztatów, tancerze, śpiewacy, aktorzy. Tu rozwijali swoje kable i
instalowali sprzęt nieocenieni królowie techniki, dźwięku, akustyki.
Tu rozwijali nuty wirtuozi instrumentów muzycznych, zgromadzeni pod
sztandarem dwóch ekip muzycznych. Stacja wąskotorówki – jako miejsce
trudu, pracy, znoju – była ulubionym miejscem tych, którzy
najbardziej i najmocniej poświęcali swoje siły wielkiej sprawie,
spędzając tam kilkanaście godzin dziennie. Miejsce to było natomiast
nielubiane przez jednostki o naturze bardziej kontestującej – te
akurat preferowały alternatywne jądro, drugie centrum państwa
De-novskiego: Szkołę Podstawową. Była ona z założenia miejscem
odpoczynku i ładowania akumulatorów przed kolejnym, ciężkim dniem
pracy. Właśnie tu w blasku materacy i świetle spoconych łysin
dochodziło wieczorami do pasjonujących filozoficznych rozmów o
istocie sztuki i sensie tworzenia. Ogniste dysputy kończyły się
nieraz bardzo późną porą. W szkole wymieniano też informacje o
charakterze praktycznym – można było upewnić się, o której nazajutrz
odbędzie się próba, lub też dowiedzieć się o nowej dostawie
popularnych „dżinksów” na mieście.
WARSTWY
SPOŁECZNIE
Jak to w każdym systemie społecznym bywa, szybko wykrystalizowały się
różne warstwy społeczne. Państwo De-novskie stanowiło jednak
ostatni, najwyższy etap rozwoju cywilizacji: między warstwami
panowała równość, o której nie śnili nawet szaleńcy z epoki
Oświecenia, ani brodaci utopiści spod znaku Marksa. Każdy oddawał
De-Novu to, co ma najlepszego do zaproponowania, a charakter pracy,
rodzaj wkładu własnego nie miał żadnego znaczenia, nie gloryfikował
ani deprecjonował nikogo.
NARYBEK
O tym, że społeczność Państwa De-Novskiego tworzy tkankę zdrową i, w
przeciwieństwie do starzejących się zmurszałych ludów Europy
Zachodniej, dobrze rokuje na przyszłość, świadczy ogromna ilość
dzieci i młodzieży, biorącej udział w akcji. Zarówno w warsztatach,
jak i spektaklu. Dzieci wniosły świeżość, entuzjazm, ciekawe
niebanalne spojrzenie, nieprzesiąknięte rutyną. Na kolana rzuciły
wszystkich kreacje Szmulka i Szczylka. Młodzi aktorzy wprost
czerpali z konwencji zblazowanego aktorstwa, ich pozorna obojętność
i luz dosłownie nawiązuje do dokonań mistrzów kina z lat
pięćdziesiątych: z Jamesem Deanem i Zbyszkiem Cybulskim na czele.
Szmulek stwarzał pozory człowieka, który na scenie spędził jakieś
pięćdziesiąt lat. Pomagał, podpowiadał, ratował bardziej
doświadczonych aktorów – czyżby na naszych oczach rozkwitał wielki
talent?
Nie można również zapomnieć o płci pięknej. Widzom szczególnie zapadły w
pamięć popisy taneczne. Młode panie, rewelacyjnie prezentujące się
na scenie, dawały do zrozumienia, że sztuka tańca jest dla nich
bardziej naturalną czynnością od chodzenia. Można wysnuć śmiałą
tezę, że niektóre z nich tańczyć zaczęły już po urodzeniu, a w
kołysce szlifowały pierwsze obroty i szpagaty. O sukcesie dzieci i
młodzieży świadczą zarówno bardzo pozytywne recenzje, jak i fakt
obecności na widowni ich równieśników, którzy z zazdrości
przebierali nóżkami w miejscu.
WARSZTATOWCY, POMAGIERZY, WOLONTARIUSZE
Kasta powszechnie znana ze swojej skromności. Nie dla
nich światła estrady, nie dla nich splendor gwiazd. W slangu
nazywani są „mróweczkami” – bo swoją mrówczą codzienną pracą – mniej
efektowną, lecz z pewnością szalenie efektywną – pchają siłą
azerskich ciężarowców spektaklowy wózek do przodu. Charakter ich
pracy jest bardzo zróżnicowany – byli prawdziwymi specjalistami od
wszystkiego! Od szycia strojów, pilnowania małolatów, sprzątania
stacji, samochodowych kursów na stację benzynową. Czasem aż serce
bolało, gdy urocze dziewczę szóstą godzinę wbijało igłę w pstrokaty
materiał. Żal było również tych młodych ludzi odpowiedzialnych za
szoferkę, zwłaszcza, że w ich oczach łatwo wyczytać było chęć
spożycia produktów, które ową szoferkę prawnie wykluczają.
Czapki z głów!
MUZYCY
Warstwa muzyczna - nie ma się co oszukiwać, był to jeden z
największych atutów przedstawienia. Kastę muzyków, oprócz
niepodważalnych umiejętności artystycznych, cechowała również
nietuzinkowa brawura. Z filmów Kusturicy wiemy, że w Serbii
orkiestry przywiązuje się do drzewa. W Polsce nie mamy aż tak
dendrologicznych zapędów – podkarpacki styl muzyczny preferuje
raczej wrzucanie muzyków na dachy budynków, w szczególności garaży
przydworcowych. Mimo mało stabilnego gruntu profesjonalni muzycy
oddali przedstawieniu dźwięki i melodie najlepsze z możliwych.
Wspaniale grający zespół Matragona z pewnością na początku targany
był wątpliwościami. Kiedy wskazano im dach, jako miejsce występu, a
na dodatek ktoś w międzyczasie próbował przypiąć każdemu członkowi
zespołu skrzydła, być może zwątpili w sens akcji. Szybko jednak
wchłonęła ich wspólna idea i – kto wie – może nawet polubili ten
nieszczęsny dach!? Odpowiedzialny za kompozycję i aranż orkiestry
Tomek sprawnie żonglował konwencjami muzycznymi – pojawiały się
elementy żydowskie, słowiańskie, a przede wszystkim – ku mojej
uciesze – bałkańskie. Wspomniany, stojąc dumnie z batutą w ręku,
wyprostowany nicznym struna, w świetle reflektorów przypominał
prawdziwego demiurga tworzenia. Na drugim dachu chętnie ripostująca
Matragona, wraz z charyzmatycznymi głosami solistek – to wszystko
tworzyło melanż tak niewiarygodny, że nawet przygłuchawy widz
wyklepywał dziarsko rytm na kolanach.
TECHNICZNI, OSOBY TOWARZYSZĄCE
Wszystko ładnie, wszystko pięknie – przedstawienie się odbyło, wszyscy
wokół (widzowie, aktorzy) byli ukontentowani i można było ogłosić
sukces. Spójrzmy jednak na wiktorię z innej stony – orkiestra ustała
na garażu aż do ostatniej nuty, podest nie zawalił się ani pod
Królem Dawidem, ani pod zespołem Matragona, głośniki, mikroporty i
inne techniczne bajery funkcjonowały sprawniej niż mózg Einsteina w
jego najlepszych latach. Dokonał tego cudu prawdziwy batalion
przeróżnych postaci, przy których naukowcy z Doliny Krzemowej do
dziś chodzą straszliwie zawstydzeni.
Pierwszą symboliczną bombonierkę należy przekazać technikom
profesjonalistom, którzy – działając zgodnie z maksymą „Veni, Vidi,
Vici” – zrealizowali plan w stu procentach. Dźwiękowcy i
oświetleniowcy - których spokój i opanowanie na twarzy uspokoiłoby
pewnie rozjuszonego lwa, albo nawet Stefana Niesiołowskiego.
Filmowcy - dający w ponad tysięcznym tłumie sobie tylko znane
tajemne znaki.
Inną grupą – której poświęcamy kolejną bombonierkę - byli prawdziwi
społecznikowcy, dzielący czas między występy estradowe a stukanie
młotkiem w blachę. W tym altruistycznym wysiłku i poświęceniu
ocierali się o świętość. Chodzą plotki, że podczas instalowania
skomplikowanych fragmentów dekoracji nad głowami Marka, Pawła czy
choćby Mateusza i drugiego Pawła pojawiała się czasem piękna
aureola. Nad kunsztem Pana Wiesława rozwodzić się nie będę, jest to
zbyt banalne i oczywiste. To jak pisanie o dobroci Papieża,
skoczności Małysza, czy lubieżności Dody.
Trzecia grupa w pionie technicznym zaimponowała być może najbardziej.
Mowa o poważnych, mądrych i rozsądnych ludziach, którzy widząc
stacyjny ferment i rejwach natychmiastowo wystąpili o obywatelstwo
Państwa De-novskiego wspierając początkowo chaotyczne działania
samozwańczych techników.
Panie Rafale, Panie Zbyszku – niech na waszej drodze życia ciągle
świeci słońce, wokół waszych uszu wciąż rozlega się piękny śpiew
najbardziej utalentowanego muzycznie ptactwa! Za te drezyny, za te
godziny spędzone przy śrubach i gwoździach – niech matka natura nie
szczędzi w waszej okolicy pięknego kwiecia, a szczęście i radość
będą nieodłącznym przyjacielem życia!
AKTORZY
Aktor – to słowo brzmi dumnie. Jest w nim bowiem jakiś splendor, magnes,
który roztacza wokół osobnika aurę wyjątkowości. Często podziw,
czasem zazdrość. Nie w Państwie De-novskim jednak. Tu aktor, oprócz
ciężkiej scenicznej doli, wykonywał jeszcze tysiące różnych prac,
niekoniecznie mających wiele wspólnego z wyuczonym zawodem.
Wspomnijmy jednak o wyjątkowo ciężkiej roli, pułapkach i
cierpieniach naszych gwiazd estrady. Myślicie może, że łatwo jest
przez godzinę stać w drezynie, szczególnie w pozycji ograniczającej
jakikolwiek ruch? Nie spodziewajcie się, że kilkugodzinne wiszenie
kilka metrów nad ziemią bez odpowiedniego bufetu, na dodatek z
udekorowanym przez kocią urynę kocem na głowie jest przyjemnością! A
wyjście na scenę w momencie, gdy kotłujące się pod strojem dwie osy
ruszyły właśnie do zabójczego ataku to bułka z masłem? Te setki
ukąszeń całej palety insektów, nienajświeższe zapachy pod
kostiumami? Aktorom należą się kolejne owacje – znieśli bowiem ten
sceniczny surwiwal z największą godnością.
Autor: Miklasz Adam