Metryczka


Stowarzyszenie De- Novo
Data założenia: 24.01.2007
Adres: ul. Piłsudskiego 85 36-065 Dynów, woj. Podkarpackie; de-novo@wp.pl, tel. 512-878-805
Imię i nazwisko prezesa: Magdalena Miklasz               Nr KRS: 0000272667
Nr REGON: 18 02 03 440
NIP: 81 33 49 31 06


Bank Spółdzielczy w Dynowie ul. Mickiewicza 3
Nr konta: 12 9093 0007 2001 0020 6970 0001

 

Licznik odwiedzin:

              

 

 

Szalone wakacyjne chwile powoli przechodzą już do historii, każdy z uczestników akcji powoli otrzepuje z siebie ten magiczny pył i miękko ląduje w codzienności, zachowując w pamięci strzępy wspomnień. Jakże różnych – przecież co osoba, to inne wrażenia, przeżycia, doznania! Złożenie ich w jedną obiektywną całość wydaje się zupełnie niemożliwe, dlatego spróbuję zarchiwizować je w sposób najbardziej chaotyczny, metodą puzzli, z których każdy uczestnik wyciągnąć może swój ulubiony kawałek.

                             OBCY CZŁOWIEK W DYNOWIE

Praca nad „Księgą Raju” z pewnością ożywiła wyobraźnię – zarówno uczestników akcji, jak i widzów spektaklu. Spróbujmy więc uruchomić ją jeszcze raz. Wyobraźmy sobie zwykłego, niczym nie wyróżniającego się przybysza, który przypadkowo wylądował w okolicach stacji wąskotorówki w dniu próby generalnej. Pojawia się ów Marian, Mietek, a może Zenek (do wyboru, do koloru) w Dynowie i postanawia zwiedzić okolicę. Znajomi polecili delikwentowi spacer nad Sanem. Już kiedy zobaczył przechadzających się wąską ścieżką brodatych dżentelmenów z pejsami, poczuł się dziwnie, a jeśli miał on przysposobienie nieco refleksyjne, zaczął pewnie rozważać,czy ten staroświecki PeKaeS z Rzeszowa, którym przybył w to dziwne miejsce nie był przypadkiem jakąś kapsułą czasu. Kłopoty dopiero miały się zacząć. Kierując się w stronę miasta, nieświadom niczego, skręcił niechcący w lewo -  wprost na stację kolejową. Wieczór powoli zapadał, gdy dojrzał jakiegoś półnagiego człowieka ze skrzydłami, przymocowanego do kolorowej drezyny i krzyczącego wniebogłosy. „Motyla noga, już godzinę tu stoję, a oni nic! Nogi mi już wchodzą do motylej nogi, miało się zacząć godzinę temu, a te motyle nogi zapomniały o mnie i siedzę w tej motylej nodze jak motyla noga!” Nasz przygodny bohater był człowiekiem dość odważnym, jednak, gdy po zadaniu pytania półgolasowi o tożsamość usłyszał odpowiedź: „Jestem Aniołem Śmierci!” – z pewnością ugięły się pod nim nogi. Bynajmniej nie motyle.

Ruszył dalej. Nagle przed jego oczami pojawił się widok jak najbardziej niecodzienny. Biegające skrzydlate dzieci, drzewo emanujące feerią kolorów, szatański rechot muskularnego człowieka na motorze, poprzebierana pstrokata orkiestra, zainstalowana gdzieś na dachu, stojący za szopą facet z papierosem w jednej, a monstrualnej wielkości głową w drugiej dłoni, dostojni brodaci panowie w dziwnych wdziankach, zaśmiewający się do rozpuku z potknięcia o kabel kobiety z baloniastym brzuchem… Od tego wszystkiego z pewnością zakręciło mu się w głowie, na dodatek dojrzał jeszcze kolejnego golasa z długą brodą, wiszącego kilka metrów nad ziemią. Co mógł pomyśleć biedny przybłęda?

Możliwości są trzy.

- Zaczął nerwowo szukać numeru do najbliższego psychiatry.

- Stwierdził, że odstawia na bok alkohol i wszystkie inne używki.

- Uciekł, rozpowiadając później w rodzinnych stronach bajki o przybyszach z innej planety.

Tak naprawdę nie ma się co dziwić nieszczęsnemu przybłędzie, bo w to, co widział naprawdę, nie uwierzyłby mu nikt. Ba – mam wrażenie, że w realność tego wydarzenia powątpiewaliby ludzie o wrażliwości bardziej artystycznej. Gdyby słynni twórcy realizmu magicznego wylądowali wtedy na stacji wąskotorówki w Dynowie, jak jeden mąż rzuciliby w diabły swoją działalność artystyczną. Doszliby wówczas do oczywistego wniosku, że czegoś tak absurdalnego już nigdy sami nie wymyślą. Jeden zacząłby zbierać znaczki, inny uprawiać grządki. Z pożytkiem dla światowej sztuki, słynnych twórców realizmu magicznego wtedy w Dynowie nie było.

                             PAŃSTWO DE-NOVSKIE

            Ponad sto żywych osób, tysiące ciuchów, tony kabli, dziesiątki europalet, drutów, głośników, mikroportów, instrumentów muzycznych – przecież ktoś, do licha, to wszystko musi ogarnąć! Nic więc dziwnego, że przez ponad miesiąc, niczym sprawna maszynka, funkcjonowało w Dynowie niezależne państwo. Z własną, odgórnie ustaloną hierarchią, konkretnymi zadaniami, a nawet odrębną jurysdykcją!

            Ustrój polityczny Państwa De-novskiego był bardzo specyficzny i nieznany dotąd z kart historii powszechnej. Przypominał nieco rządy w Republice Rzymskiej– rządził bowiem żelazną, acz nadobną ręką Triumwirat. Ten rodzaj rządów był jednak wyjątkowy, bo matriarchalny - cała realna władza skupiła się w rękach kobiet! Ewa, Magda i Aneta poradziły sobie zdecydowanie sprawniej od rzymskich poprzedników. Nie zaczęły - jak narcystyczni władcy Rzymskiej Republiki mordować się nawzajem – na dodatek skutecznie doprowadziły cały projekt do szczęśliwego zakończenia! W Państwie De-novskim zauważyć można wpływy różnych systemów społecznych i politycznych – z pewnością dużą rolę odgrywał totalitaryzm, w którym rola jednostki podporządkowana jest jednej szalonej idei. Zaniechano natomiast demokracji, bo gdyby zastosować jej wzniosłe wartości i poddawać pod powszechny wybór każdy pojedynczy problem, (referendum: do którego kubła będziemy wyrzucać śmieci? Jaki kolor świateł najbardziej pasuje?) przedstawienie nie odbyłoby się bewnie nigdy.

                  GŁÓWNE CENTRA PAŃSTWA DE-NOVSKIEGO

Państwo De-novskie, choć terytorialnie przegrałoby nawet z Watykanem, miało na swoim terenie miejsca kluczowe, najważniejsze, ocierające się niemal o sacrum. Stacja kolejki wąskotorowej spełniała funkcję rynku, forum i agory w jednym. W tym miejscu krzyżowały się ścieżki uczestników akcji, gdzie – w pocie tysiąca czół – wykluwało się powoli przedstawienie. Tu rozwijali swoje talenty uczestnicy warsztatów, tancerze, śpiewacy, aktorzy. Tu rozwijali swoje kable i instalowali sprzęt nieocenieni królowie techniki, dźwięku, akustyki. Tu rozwijali nuty wirtuozi instrumentów muzycznych, zgromadzeni pod sztandarem dwóch ekip muzycznych. Stacja wąskotorówki – jako miejsce trudu, pracy, znoju – była ulubionym miejscem tych, którzy najbardziej i najmocniej poświęcali swoje siły wielkiej sprawie, spędzając tam kilkanaście godzin dziennie. Miejsce to było natomiast nielubiane przez jednostki o naturze bardziej kontestującej – te akurat  preferowały alternatywne jądro, drugie centrum państwa De-novskiego: Szkołę Podstawową. Była ona z założenia miejscem odpoczynku i ładowania akumulatorów przed kolejnym, ciężkim dniem pracy. Właśnie tu w blasku materacy i świetle spoconych łysin dochodziło wieczorami do pasjonujących filozoficznych rozmów o istocie sztuki i sensie tworzenia. Ogniste dysputy kończyły się nieraz bardzo późną porą. W szkole wymieniano też informacje o charakterze praktycznym – można było upewnić się, o której nazajutrz odbędzie się próba, lub też dowiedzieć się o nowej dostawie popularnych „dżinksów” na mieście.

WARSTWY SPOŁECZNIE

Jak to w każdym systemie społecznym bywa, szybko wykrystalizowały się różne warstwy społeczne. Państwo De-novskie stanowiło jednak ostatni, najwyższy etap rozwoju cywilizacji: między warstwami panowała równość, o której nie śnili nawet szaleńcy z epoki Oświecenia, ani brodaci utopiści spod znaku Marksa. Każdy oddawał De-Novu to, co ma najlepszego do zaproponowania, a charakter pracy, rodzaj wkładu własnego nie miał żadnego znaczenia, nie gloryfikował ani deprecjonował nikogo.

                                               NARYBEK

O tym, że społeczność Państwa De-Novskiego tworzy tkankę zdrową i, w przeciwieństwie do starzejących się zmurszałych ludów Europy Zachodniej, dobrze rokuje na przyszłość, świadczy ogromna ilość dzieci i młodzieży, biorącej udział w akcji. Zarówno w warsztatach, jak i spektaklu. Dzieci wniosły świeżość, entuzjazm, ciekawe niebanalne spojrzenie, nieprzesiąknięte rutyną. Na kolana rzuciły wszystkich kreacje Szmulka i Szczylka. Młodzi aktorzy wprost czerpali z konwencji zblazowanego aktorstwa, ich pozorna obojętność i luz dosłownie nawiązuje do dokonań mistrzów kina z lat pięćdziesiątych: z Jamesem Deanem i Zbyszkiem Cybulskim na czele. Szmulek stwarzał pozory człowieka, który na scenie spędził jakieś pięćdziesiąt lat. Pomagał, podpowiadał, ratował bardziej doświadczonych aktorów – czyżby na naszych oczach rozkwitał wielki talent?

Nie można również zapomnieć o płci pięknej. Widzom szczególnie zapadły w pamięć popisy taneczne. Młode panie, rewelacyjnie prezentujące się na scenie, dawały do zrozumienia, że sztuka tańca jest dla nich bardziej naturalną czynnością od chodzenia. Można wysnuć śmiałą tezę, że niektóre z nich tańczyć zaczęły już po urodzeniu, a w kołysce szlifowały pierwsze obroty i szpagaty. O sukcesie dzieci i młodzieży świadczą zarówno bardzo pozytywne recenzje, jak i fakt obecności na widowni ich równieśników, którzy z zazdrości przebierali nóżkami w miejscu.

WARSZTATOWCY, POMAGIERZY, WOLONTARIUSZE

            Kasta powszechnie znana ze swojej skromności. Nie dla nich światła estrady, nie dla nich splendor gwiazd. W slangu nazywani są „mróweczkami” – bo swoją mrówczą codzienną pracą – mniej efektowną, lecz z pewnością szalenie efektywną – pchają siłą azerskich ciężarowców spektaklowy wózek do przodu. Charakter ich pracy jest bardzo zróżnicowany – byli prawdziwymi specjalistami od wszystkiego! Od szycia strojów, pilnowania małolatów, sprzątania stacji, samochodowych kursów na stację benzynową. Czasem aż serce bolało, gdy urocze dziewczę szóstą godzinę wbijało igłę w pstrokaty materiał. Żal było również tych młodych ludzi odpowiedzialnych za szoferkę, zwłaszcza, że w ich oczach łatwo wyczytać było chęć spożycia produktów, które ową szoferkę prawnie wykluczają.

Czapki z głów!

MUZYCY

Warstwa muzyczna - nie ma się co oszukiwać, był to jeden z największych atutów przedstawienia. Kastę muzyków, oprócz niepodważalnych umiejętności artystycznych, cechowała również nietuzinkowa brawura. Z filmów Kusturicy wiemy, że w Serbii orkiestry przywiązuje się do drzewa. W Polsce nie mamy aż tak dendrologicznych zapędów – podkarpacki styl muzyczny preferuje raczej wrzucanie muzyków na dachy budynków, w szczególności garaży przydworcowych. Mimo mało stabilnego gruntu profesjonalni muzycy oddali przedstawieniu dźwięki i melodie najlepsze z możliwych. Wspaniale grający zespół Matragona z pewnością na początku targany był wątpliwościami. Kiedy wskazano im dach, jako miejsce występu, a na dodatek ktoś w międzyczasie próbował przypiąć każdemu członkowi zespołu skrzydła, być może zwątpili w sens akcji. Szybko jednak wchłonęła ich wspólna idea i – kto wie – może nawet polubili ten nieszczęsny dach!? Odpowiedzialny za kompozycję i aranż orkiestry Tomek sprawnie żonglował konwencjami muzycznymi – pojawiały się elementy żydowskie, słowiańskie, a przede wszystkim – ku mojej uciesze – bałkańskie. Wspomniany, stojąc dumnie z batutą w ręku, wyprostowany nicznym struna, w świetle reflektorów przypominał prawdziwego demiurga tworzenia. Na drugim dachu chętnie ripostująca Matragona, wraz z charyzmatycznymi głosami solistek – to wszystko tworzyło melanż tak niewiarygodny, że nawet przygłuchawy widz wyklepywał dziarsko rytm na kolanach.    

                  TECHNICZNI, OSOBY TOWARZYSZĄCE

Wszystko ładnie, wszystko pięknie – przedstawienie się odbyło, wszyscy wokół (widzowie, aktorzy) byli ukontentowani i można było ogłosić sukces. Spójrzmy jednak na wiktorię z innej stony – orkiestra ustała na garażu aż do ostatniej nuty, podest nie zawalił się ani pod Królem Dawidem, ani pod zespołem Matragona, głośniki, mikroporty i inne techniczne bajery funkcjonowały sprawniej niż mózg Einsteina w jego najlepszych latach. Dokonał tego cudu prawdziwy batalion przeróżnych postaci, przy których naukowcy z Doliny Krzemowej do dziś chodzą straszliwie zawstydzeni.

Pierwszą symboliczną bombonierkę należy przekazać technikom profesjonalistom, którzy – działając zgodnie z maksymą „Veni, Vidi, Vici” – zrealizowali plan w stu procentach. Dźwiękowcy i oświetleniowcy -  których spokój i opanowanie na twarzy uspokoiłoby pewnie rozjuszonego lwa, albo nawet Stefana Niesiołowskiego. Filmowcy - dający w ponad tysięcznym tłumie sobie tylko znane tajemne znaki.

Inną grupą – której poświęcamy kolejną bombonierkę - byli prawdziwi społecznikowcy, dzielący czas między występy estradowe a stukanie młotkiem w blachę. W tym altruistycznym wysiłku i poświęceniu ocierali się o świętość. Chodzą plotki, że podczas instalowania skomplikowanych fragmentów dekoracji nad głowami Marka, Pawła czy choćby Mateusza i drugiego Pawła pojawiała się czasem piękna aureola. Nad kunsztem Pana Wiesława rozwodzić się nie będę, jest to zbyt banalne i oczywiste. To jak pisanie o dobroci Papieża, skoczności Małysza, czy lubieżności Dody.

Trzecia grupa w pionie technicznym zaimponowała być może najbardziej. Mowa o poważnych, mądrych i rozsądnych ludziach, którzy widząc stacyjny ferment i rejwach natychmiastowo wystąpili o obywatelstwo Państwa De-novskiego wspierając początkowo chaotyczne działania samozwańczych techników.

Panie Rafale, Panie Zbyszku – niech na waszej drodze życia ciągle świeci słońce, wokół waszych uszu wciąż rozlega się piękny śpiew najbardziej utalentowanego muzycznie ptactwa! Za te drezyny, za te godziny spędzone przy śrubach i gwoździach – niech matka natura nie szczędzi w waszej okolicy pięknego kwiecia, a szczęście i radość będą nieodłącznym przyjacielem życia!

                                                AKTORZY

Aktor – to słowo brzmi dumnie. Jest w nim bowiem jakiś splendor, magnes, który roztacza wokół osobnika aurę wyjątkowości. Często podziw, czasem zazdrość. Nie w Państwie De-novskim jednak. Tu aktor, oprócz ciężkiej scenicznej doli, wykonywał jeszcze tysiące różnych prac, niekoniecznie mających wiele wspólnego z wyuczonym zawodem. Wspomnijmy jednak o wyjątkowo ciężkiej roli, pułapkach i cierpieniach naszych gwiazd estrady. Myślicie może, że łatwo jest przez godzinę stać w drezynie, szczególnie w pozycji ograniczającej jakikolwiek ruch? Nie spodziewajcie się, że kilkugodzinne wiszenie kilka metrów nad ziemią bez odpowiedniego bufetu, na dodatek z udekorowanym przez kocią urynę kocem na głowie jest przyjemnością! A wyjście na scenę w momencie, gdy kotłujące się pod strojem dwie osy ruszyły właśnie do zabójczego ataku to bułka z masłem? Te setki ukąszeń całej palety insektów,  nienajświeższe zapachy pod kostiumami? Aktorom należą się kolejne owacje – znieśli bowiem ten sceniczny surwiwal z największą godnością.

 

Autor: Miklasz Adam